Zerowa Maria i puste pudełko tom 7

utworzone przez | Maj 8, 2017

Niedawno mieliśmy okazję odnotować zakończenie debiutanckiego tytułu wydawnictwa Waneko, czyli Zerowej Marii i pustego pudełka. Jako że portal powstał na krótko po publikacji ostatniego tomu, postanowiłem od razu przyjrzeć się głębiej jemu, a o reszcie posmęcić w formie zbiorowej i ogólnej. Czy otrzymaliśmy godne zakończenie? Czy seria naprawdę jest tak dobra, jak szepcze ranking MyAnimeList.net? Czy dwukrotna przerwa w oryginalnym toku publikacji miała na nią jakiś wpływ? Wskakujcie na rydwan bardziej hejtu niż zachwytu, by się temu przyjrzeć. Siłą rzeczy czujcie się ostrzeżeni przed spoilerami.

A miało być tak pięknie

Po szóstym tomie wiedzieliśmy już, kim jest Zerowa Maria i czym jest puste pudełko. Kolejne informacje znaliśmy jeszcze przed zgłębieniem się w lekturze – ze streszczenia na stronie sklepu lub ze skrzydełka obwoluty – że tom rozpoczyna się w miejscu, gdzie zakończył się poprzedni, czyli spotkaniem Kazukiego z „O” i rozpoczęciem finałowej rozgrywki. Rozgrywka polega na zamknięciu bohatera w… pudełku. Jak by banalnego patosu było mało, owo pudełko to znane Wadliwe Szczęście. Byłem nawet skłonny machnąć ręką na ten przebłysk oryginalności, ale ręką nie da się już machnąć na działanie tego pudełka, bo jest kopią pudełka Mogi z pierwszego tomu. W oryginalnym toku publikacji ostatni tom wyszedł po niemal dwóch i pół roku po poprzednim. Wydaje mi się, że czasu było wystarczająco, żeby wymyślić coś nowego.

To teraz sama treść. Powieść można podzielić na trzy części – akcję w pudełku, wspomnienia Marii z dzieciństwa, które rzucają nieco światła na Zerową Marię i postać „O”, i epilog. Niestety, każda z tych części ma swoje problemy, choć epilog jako jedyny nie wybijał z rytmu aż tak bardzo jak reszta. Pierwszym, co rzuca się w oczy, i co rzucało się w oczy w poprzednich częściach, to przerysowane opisy i przegadane dialogi. Każdą sytuację i każdą wyrażoną emocję autor na siłę przekoloryzowuje, bardzo często stosując wymyślne porównania.

Czasem urasta to do takiej abstrakcji, że przy poważnej, wręcz śmiertelnej sytuacji, zaczyna bawić.

Z dialogami i monologami jest niemal identyczny problem, tylko tutaj już nie bawi. Nie bawi, jak licealiści rozmawiają tak formalnym językiem i rzucają takie frazesy, że aż włos się na głowie jeży. Chociaż wydaje mi się, że tłumaczenie mogłoby z tego jakoś wybrnąć. Trochę bardziej poruszę tę kwestię w omówieniu ogólnym, bo taka stylizacja była obecna we wszystkich tomach. Niemniej niektóre sytuacje tracą na charakterze, jeśli w komediowej sytuacji wszyscy rozmawiają jak stereotypowy absolwent prawa, żeby potem takim samym językiem posługiwać się przy sprawie życia lub śmierci.

Walka Kazukiego z pudełkiem bazuje na schematach z pierwszego tomu, więc nie bardzo mam o czym pisać. Jedyną nowością jest tutaj sposób zniszczenia tego świata. I znowu – jest on strasznie przesadzony. Zdecydowanie najgorszym etapem książki są wspomnienia Marii. To, co napisałem wcześniej o przesadzie i zbędnym patosie, tutaj można podnieść do dziesiątej potęgi. Dlatego nie będę tracił ani swojego, ani waszego czasu na szczegółowy opis, tylko pozostawię tę niespodziankę dla was. Jedyne, co powiem, to że koszmarnie męczyłem te kilkadziesiąt stron.

Wszystkie tomy Zerowej Marii i pustego pudełka.

Najjaśniejsza strona tomiku to bez wątpienia epilog. Został on napisany, o dziwo, bardzo w porządku. W dużym skrócie mamy przedstawione życie niektórych bohaterów chwilę po zamknięciu sprawy z pudełkami. Wszystkie wymienione problemy istnieją też i tutaj, ale sama treść jest dość satysfakcjonująca. Epilog jednej z postaci był dość komiczny w swojej powadze, ale to już czepianie się szczegółów. Co zaskoczyło mnie pozytywnie, to że autor pozostał wierny zniszczeniom dokonanych na bohaterach. Nie zostali oni magicznie i nagle uzdrowieni do pełnej formy siłą miłości czy innym nakama power. Oczywiście, nie mogło zabraknąć małego aspektu banału, ale to znowu czepianie się detali. Koniec końców epilog pozostawił dość ciepłe wspomnienia, więc rozstanie z serią nie przypominało dramatycznego rozwodu, tylko pożegnanie starych dobrych znajomych.

Wzloty i upadki

Teraz trochę o Zerowej Marii i pustym pudełku w pojęciu ogólnym. Powiedzieć, że seria była strasznie nierówna, to nie powiedzieć nic. Zerowa Maria zaczęła się całkiem niezłym tomem z motywem podróży w czasie. Książki z tym motywem dzielą się na dobre i nieistniejące. Serio, nie czytałem ani jednej książki ze słabym ugryzieniem tego tematu. Ciekawie prowadzona fabuła i niezbyt oczywista zagadka. Do tego to zakończenie… Naprawdę było fajnie. Fajnie nie było już w drugim tomie, który był bardzo, bardzo słaby. Kolejne trzeci i czwarty – w porządku, autor przedstawia nam kolejną znaczącą zagadkę dotyczącą przeszłości bohaterów, a i motyw przewodni nowego pudełka był dość nowatorski. Ostatnie trzy były mierne, i to tak bardzo, że parę razy miałem ochotę rzucić serię w kąt i zapomnieć o jej istnieniu. Strasznie agresywny i nienaturalny rozwój bohaterów, oklepane i żenujące do szpiku kości zachowania w kluczowych dla fabuły momentach oraz potwornie przegadane i nic nie wnoszące do fabuły rozmowy.

Rzeczą, która irytowała mnie w małym stopniu na początku, ale w dużym na końcu, to rozpoczynanie, wydawałoby się, kluczowych wątków, żeby potem totalnie z nich zrezygnować. Rozumiem, że nie wszystko trzeba tłumaczyć, że nutka tajemniczości i tak dalej, ale po co w ostatnim tomie słyszymy trzy razy o jednym i tym samym nowym pudełku, które Maria eksploruje, jeśli chwilę później ten wątek znika, jakby w ogóle nie istniał. Po co autor wprowadza przewodniczkę kina, która widnieje nawet na kilku ilustracjach, żeby zamknąć ten wątek, zanim cokolwiek się dowiedzieliśmy. Tego się pewnie nigdy nie dowiemy.

No dobra, to może teraz jakieś pozytywy. Bo choć jest ich niewiele, to są. Pozytywnie zaskakują poboczni bohaterowie. Ich przeszłość, rozwój i motywacje. Oomine Daiya, Kirino Kokone i Usui Haruaki. Tutaj naprawdę należą się owacje autorowi za wykreowanie tych bohaterów.

W którymś posłowiu autor nawet wspomniał, że początkowo Daiya miał być głównym bohaterem. Szkoda, że do tego nie doszło.

Za kolejny pozytyw można uznać postać „O”, która mimo iż kreowana jest na prostolinijnego głównego złego, to pod spodem jest dość skomplikowana i już nie tak bezdyskusyjnie mroczna. No i kurcze, sam pomysł na fabułę też jest bardzo ciekawy i unikalny, tylko sposób, w jaki został pociągnięty, był dość kiepski.

I na zakończenie słówko o ilustracjach. Znowu muszę ponarzekać. Lubiłem kreskę z pierwszego tomu, nawet bardzo. Potem powoli styl zaczął się zmieniać, ale tragedii nie było. Ale to, co się stało w tomie 5 i 6, woła o pomstę do nieba. Z bohaterów stylizowanych na gimnazjum zrobiono nagle jakieś bishe ze studiów. W ostatnim tomie styl znowu się zmienił na coś, co najłatwiej mi nazwać animowym. Proste kreski z bardzo żywą paletą kolorów. No i postacie wróciły do bycia gimnazjalistą/licealistą. Rysownik w każdym tomie był ten sam, dlatego tym bardziej nie jestem w stanie tego zrozumieć. Generalnie 1-4 na tak,
5-6 na nie, 7 lepszy rydz niż nic.

Różnica w ilustracjach, po lewej tom 5, po prawej tom 1.

Lokalizacja

A jak Waneko poradziło sobie z lokalizacją? Na pewno trzeba wspomnieć o ilości błędów ortograficznych, bo było ich sporo. Czasami nawet zdarzały się one kilka na stronę. Jedyne, co można powiedzieć na obronę wydawnictwa, to że im dalej w las, tym błędów było mniej. W ostatnim tomie dostrzegłem może jeden albo dwa ortów na całość, chociaż problemów z przecinkami nadal było sporo. Podejrzewam, że korektorom mogło jeszcze trochę brakować doświadczenia z tak długimi tekstami w zderzeniu z dwumiesięcznym cyklem publikacji. Druga rzecz to język, o którym wspomniałem wyżej. Tylko tutaj po chwili namysłu jestem trochę rozdarty. Bo nie wiem, czy w oryginale postaci rozmawiają ze sobą jak ateńscy filozofowie(sic!) przy pucharze wina, czy tłumaczenie niezbyt się postarało, żeby dialogi brzmiały jak prowadzone przez licealistów. Zważywszy na to, że inne wydawnictwa radziły sobie dość dobrze z utrzymywaniem klimatu do wieku bohaterów, stawiam na to drugie. Doszły mnie głosy, że kolejne tytuły Waneko są już o wiele lżejsze w tym aspekcie, więc nie omieszkam rzucić na któryś okiem.

Nie mieliśmy tu żadnej historii z brakiem ilustracji, tekst na kolorowych ilustracjach był nałożony dość schludnie, same ilustracje też dobrze wydrukowano. Pod względem przygotowania powieści do druku Waneko jak najbardziej trzeba pochwalić.

Czołówka serii stworzona przez grupę, do której należy autor.

Do jednej rzeczy jeszcze się przyczepię. Obwoluta. Obwoluty w książkach to jest jakaś pomyłka. Rozumiem, że Waneko wszystko wydaje w obwolutach, ba, nawet w oryginale LN są wydawane w obwolutach, ale nie wszystko, co pochodzi z kraju krzaczków, to dobre nawyki. Książki, w przeciwieństwie do mang, nie trzymamy godzinki i odkładamy na półkę. Książkę czyta się dużo dłużej, a obwoluty są na dłuższą metę bardzo niekomfortowe. Podejrzewam, że większość je nawet zdejmuje na czas czytania. Nie daj Boże zagnie nam się, pies ją pogryzie albo się zgubi. Nie wspominając, że obwoluty nawet na półkach się niszczą. Studio JG i Kotori to rozumieją, więc po cichu liczę, że na Waneko też przyjdzie kiedyś pora.

Podsumowując – pierwsze koty za płoty. No i kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Na pewno wydawnictwo nie będzie ślepe na uwagi fanów, bo były one dość głośne, więc kolejne tytuły z pewnością będą jakościowo lepsze.

Podsumowanie

Ostatni tom? Kiepski. Cała seria? Przeciętna. “No, ale chwila, panie recenzent, ocena na MyAnimeList nie wzięła się z kosmosu”. Na samym początku wspomniałem, że seria zaliczyła dwie dłuższe przerwy. Pierwszą dwuletnią przerwę seria zaliczyła po 4 tomie, czyli po tej lepszej połowie cyklu. Moim zdaniem fani po kilkuletnich przerwach patrzyli na kolejne tomy przez różowe okulary. Chcieli dostać kontynuację, nieważne, czy będzie ona dobra czy zła. My tych przerw nie odczuliśmy, więc może jesteśmy w stanie bardziej obiektywnie spojrzeć na sytuację. Co ciekawsze, autor sam się przyznał, że po czwartym tomie chciał już przestać ciągnąć serię, ale zmienił zdanie ze względu na fanów. Nawet o tym nie wiedziałem, dopóki nie przeczytałem posłowia ostatniego tomu, ale nagle ten spadek poziomu nabrał dla mnie sensu.

Co by nie powiedzieć, wydawnictwu Waneko należy się szacunek za wybór tytułu. Przede wszystkim za to, że był cholernym ryzykiem. Nie posiada on adaptacji – i co za tym idzie – nie był u nas zbyt znany. Tytuł nie miał nawet żadnego oficjalnego przekładu na inny język ani polskiego fanowskiego tłumaczenia. Takie sytuacje są niezwykle rzadkie. Zaryzykowali. I najwyraźniej ryzyko się opłaciło, co mnie niezmiernie cieszy. Kiedy mam wybór między serią, którą znam z adaptacji, a taką, której kompletnie nie znam, zawsze sięgnę po tę drugą, bo wolę poznawać nowe historie niż czytać odgrzewany kotlet. Wincyj, Waneko, wincyj, ale trochę lepiej jakościowo.

Treść: 2+
Grafika: 4-
Opakowanie: 4
Tłumaczenie: 3+

Zerowa Maria i puste pudełko #7

Zerowa Maria i puste pudełko 7
Mikage Eiji, Tetsuo

Książka napisana ponad dwa lata po premierze szóstego tomu. Po jej wydaniu autor zdecydował się wycofać na jakiś czas ze świata light novel, by powrócić do „Dengeki Bunko” z lepszymi umiejętnościami.

Ogólny werdykt:

3

Dostateczny

Data wydania: 6 lutego 2017

Tłumaczenie: Katarzyna Podlipska

Wydawnictwo: Waneko

Liczba stron: 216

ISBN: 978-83-65229-94-6

Cena detaliczna: 24,99 zł


Komentarze